środa, 4 kwietnia 2012

Jeden zwykły dzień. Niedokończona sprawa.

 Jeden zwykły dzień. Niedokończona sprawa.
 Jacob Evening budzi się wraz z zakończeniem ostatniego kawałka płyty Eminema. Gwałtownie otwiera swoje niebieskie oczy i rzuca się w prawo. Spada z łóżka, co całkowicie  go rozbudza.
Zegarek w telefonie wskazuje godzinę dwudziestą. Chłopak wygląda przez okno i widzi dzieciaki w „strasznych” strojach, biegające po ulicy. Wśród nich dostrzega swoją siostrę Irian, która jest tak bardzo podobna do ojca, że jej widok niemalże go boli. Automatycznie zaciska szczękę na wspomnienie mężczyzny, który cztery lata temu powiesił się w ich zniszczonym mieszkaniu. Nie zostawił po sobie nic oprócz zwykłej, czerwonej róży.
Rozmyślanie chłopaka przerywa dźwięk dochodzący z telefonu. Jego kumpel, Astor, po raz dziesiąty wysła mu sms’a:
„Będą fajne laski, serio! Stary, chodź no! Przestań być pustelnikiem”
Problem tkwi w tym, że on zawsze był pustelnikiem. Nie chce tego zmieniać, a w szczególności nie dziś. Rzuca rozklekotaną komórkę na łóżko i cicho wymyka się z pokoju. „Nie patrz na salon”, powtarza sobie w myślach, po raz kolejny. Lecz jak zawsze spogląda i widzi ten sam obraz co zwykle; pijana matka śpi niespokojnym snem na porwanej, brązowej kanapie. Przygnębienie, złość, smutek, strach, furia. Wszystko dopada go w tej samej chwili, co nie jest nowością. Łatwo może uzasadnić  te uczucia. Jacob ma dość oglądania jej w tym stanie. Nie mógł nikogo prosić o pomoc.
Ojciec wychowywał się w niemieckim sierocińcu. Rodzice jego matki… No cóż, to był zdecydowanie temat tabu. Wiedział tylko, że jego babcia zmarła zaraz po porodzie. Jego dziadek… O nim nie wiedział nic, oprócz tego, że prawdopodobnie był lekarzem. Jacob nigdy nie był tego pewny, dziś pamięta tylko urywek rozmowy... z jego matką?  Tego też nie był pewny.
-To do ciebie wróci Haven. On wcale nam nie pomógł. To co się dzieje w nocy… Mury kościoła długo nie wytrzymają.
Pamięta tylko młodego mężczyznę, mającego czarne oczy. Nie był to kolor, który znał, który mógłby zdefiniować. Nie były one czarne jak węgiel, ani jak czarna kartka. To był kolor… piekła.
Gwałtownie wciąga powietrze, gdy uświadamia sobie, o czym przed chwilą pomyślał. Najbardziej straszne było to, że nie można było znaleźć trafniejszego określenia.
Jacob wymierza sobie mentalny policzek za wracanie do niechcianych wspomnień. Zbiera puste butelki wódki z podłogi i wychodzi z domu. Uderza go zimny podmuch wiatru. Nagle czuje, że coś uderza o jego nogi i mocno go obejmuje. Spogląda w dół, wiedząc co ujrzy. Pięcioletni anioł patrzy na niego ze słodkim uśmiechem, który nie sięga smutnych, szarych oczu. Jacob chwyta siostrę w ramiona i obkręca dookoła.
-Gdzie idziesz? Nie możesz już zbierać cukierków!
- Mówisz poważnie?- pyta udając zaskoczonego. - Co ja teraz zrobię?
- Pójdziesz do Astora - dziewczyna zabawnie marszczy nosek.
Chłopak śmieje się serdecznie. Wie, że Irian nie lubiła go od chwili, gdy chciał oderwać głowę jej jedynej lalce.
- Dokładnie – kłamie. - Dziś śpisz u Chloe. Trafisz chyba.
Irian kiwa głową. Jacob odstawia ją na ziemię, całując dziewczynkę w czoło.
- Uważaj na siebie młoda.
- Jestem duża! - Irian pokazuje mu język i ucieka do dzieciaków zbierających słodycze.
Jacob wkłada na głowę kaptur i rusza w stronę niezamieszkałej części miasta. Łapie się za kieszeń w poszukiwaniu słuchawek.
- Cholera - burczy uświadamiając sobie, że zostawił je pod łóżkiem.
Nie boi się nocy. Od siedemnastu lat mieszka w jednej z najgorszych dzielnic miasta. Zna tu wszystkich, wszyscy znają jego. Pomimo wszechobecnej biedy, jest tu całkiem bezpiecznie. Bynajmniej na tyle, by nie czuł lęku przed zostawieniem Irian samej.
Dookoła panuje głucha cisza. Chłopak nie słyszy nic, oprócz swoich kroków.
W końcu dociera do cmentarza, który świeci pustkami. Ludzie boją się tu przychodzić przez jakieś łupie plotki i legendy. Wszyscy młodzi ludzie są dziś na imprezach, więc chłopak czuje ulgę, że będzie tu zupełnie sam.
Zardzewiała brama skrzypi głośno. Jacob krzywi się i wchodzi na teren spoczynku zmarłych. Wiatr przestaje na chwilę wiać. Chłopak zdejmuje kaptur i zmierza ku grobowi ojca. Gdy jest już na miejscu, siada na mokrej trawie. Bierze głęboki oddech i zaczyna mówić. Rozpoczyna swój coroczny rytuał. Mówi mu, co myśli o tym, że ojciec zostawił rodzinę, jak zawsze. Krzyczy, że był tchórzem, idiotą, że go nienawidzi. Nagle milknie, uspokaja się, a później opowiada co się zmieniło.
- Mama nadal pije, prawdopodobnie przez ciebie. Znaczy się, tego nie jestem pewien. Nic nam o tym nie mówi. Mam nadzieję, że smażysz się gdzieś w piekle. Wiesz, Irian jest tak podobna do ciebie. Nienawidzę tego, serio. To moja ukochana siostra, ale czasem… Przed oczami stają mi dziwne obrazy, w których ja mszczę się na tobie, duszę cię, ale na końcu okazuje się, że dusze Irian. To okropne.
Po chwili podnosi się i idzie w głąb cmentarza.  Szarpie swoje włosy, jest wściekły. Czemu on mu się zwierza? To coś, czego nie powinien wypowiadać na głos. W furii kopie z całej siły nagrobek.
- Jacob, nie wolno niszczyć grobów.
Chłopak zamiera, może nawet na moment jego serce przestaje bić. Przez jego głowę w ciągu ułamka sekundy przetaczają się miliony myśli. Odwraca głowę w kierunku, z którego usłyszał głos.
              W ciemności widzi młodą kobietę. Pomimo wszechobecnego mroku widzi, że jest piękna. Ma długie, rude włosy i niezwykłą twarz. Nagle dostrzega coś jeszcze. Oczy w kolorze... piekła.  Chłopak jest o krok od  utraty przytomności.
- Wszystko w porządku ? Och, przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć! - kobieta podchodzi do niego i pomaga mu w odzyskaniu równowagi.- Żyjesz?
-Tak, ja… Skąd znasz moje imię i co tu robisz? Kim ty w ogóle jesteś ?
- Nazywam się Charlotte. Znałam twojego dziadka - uśmiecha się delikatnie. - Nazywacie się tak samo i jesteście do siebie bardzo… podobni.
Jacob nie ma pojęcia jak ma zareagować. Nie wie nic o dziadku. Jednak najbardziej dziwi go fakt, że  Charlotte go znała.
- Jako mogłaś go znać ? Jesteś niewiele starsza ode mnie, a on umarł dwadzieścia lat temu.
- Dziewiętnaście - poprawia go odruchowo.- Spójrz.              
Charlotte kuca przy nagrobku, który kopnął. Jacob pochyla się nad nim i  widzi  datę swoich urodzin. Chłopak po raz kolejny nie wie co powiedzieć.  Tyle lat przychodził na ten opuszczony cmentarz i nie wiedział, że jego dziadek jest pochowany dwa kroki dalej.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - udaje mu się wyjąkać, gdy odzyskuje mowę. - Skąd go znasz?
- Pracowałam z nim kiedyś – odpowiada po chwili zastanowienia. – Nie wiesz?
- Och, ja nie wiem o nim nic.
- Poszukaj w gazetach – rzuca niedbale. – Mieszkasz gdzieś tutaj?
- Tak, tu… niedaleko.
- Cudownie - uśmiecha się i zerka na zegarek. Charlotte nagle staje się niesamowicie blada. - Niedługo Cię odwiedzę. Obiecuję.
Kobieta szybko znika w ciemności. Jacob stoi przerażony w miejscu i ma pojęcia co zrobić. W głowie chłopaka myśli walczą ze sobą. Nie ma pojęcia co się dzieje. Zarzuca kaptur na głowę i szybkim krokiem udaje się do domu. Ulice są już prawie puste, dzieciaki zniknęły w domach.
              Chłopak próbuje podsumawac fakty. Charlotte nie mogła znać jego dziadka. To nie jest możliwe. Skąd ona go zna? Czemu była w tym dniu na cmentarzu?
Jacob wpada do domu. Jego matki nie ma, co wcale go nie dziwi. Zapewne upija się gdzieś w krzakach. Gwałtownym ruchem otwiera drzwiczki od szafy. Szuka, sam nie wiedząc czego. Przewala stare zdjęcia, dokumenty. Nagle znajduje kawałek starej gazety. Jego uwagę przykuwa nagłówek:
„Jacob Evening nie dokończył egzorcyzmu.
Charlotte i Jeffrey M. w połowie opętani.
(…) każdego dnia o północy
Szatan przejmuje ich dusze”
~~~~~~~~~~~~~~~~ 
Ponad miesiąc nie dodałam nic nowego, przepraszam. Mam pomysł na bardziej... optymistyczne opowiadanie, bo nie wszyscy lubią nieszczęśliwe zakończenia.
Zachęcam do zostawiania po sobie komentarza  z opinią :)
 TeTrololololo, traktujcie to z dystansem ;3

czwartek, 1 marca 2012

Jeden zwykły dzień. Bloody Spiral.

Idziemy jedną z najbardziej zatłoczonych alejek parku rozrywki „Czerwona fala”. Wiosenny wiatr
rozwiewa moją staranie ułożoną fryzurę. Świetnie, myślę, tyle pracy na nic. Zakładanie bluzki z
krótkim rękawem nie jest mądrym pomysłem, jeśli nie ma się pewności, że nie będzie
zimno. Mocniej wtulam się w Marka w nadziei, że pogoda zmieni się na lepsze.
-Dobra ludzie!- Amy, drobna szatynka rozkłada przed nami ogromny plan „Czerwonej fali”. - Gdzie
teraz? Większość kolejek mamy już zaliczone i nadal pozostają nam trzy godziny czasu.
-Co powiecie na „Bloody Spiral” ?-Max wskazuje na mapie duży tor, pełen spiral.- Jeszcze tu nie
byliśmy.
-Jak dla mnie okej- mówię, wcale nie mając ochoty stać w miejscu, szczególnie, że stoimy po środku
trasy innych ludzi I co raz ktoś na mnie włazi.
-No to ruszamy- stwierdza Mark ruszając z niekomfortowego miejsca.
Idziemy przed siebie, nie przeszkadzając nikomu. Niespodziewanie pogoda poprawia się I wiosenne
słońce nieśmiało wygląda zza chmur.
-Trochę się boję- Amy szepcze mi do ucha z niepokojem- Alex mówił, że kolejki górskie od lat nie są
remontowane I wszystko jest stare, a obsługa nie specjalnie przejmuje się bezpieczeństwem gości.
-Spokojnie, gdyby było coś nie tak zamknęliby to miejsce. Poza tym byliśmy już w paru miejscach I
jesteśmy cali I zdrowi- odpowiadam, również szeptem.
Moje słowa uspakajają przyjaciółkę, lecz ja jestem przerażona. A co jeśli to prawda ? Co prawda
jesteśmy cali I zdrowi, ale głupi ma zawsze szczęście.
Mark wyczytując zmartwienie na mojej twarzy, mówi;
-Spokojnie, nie bój się. Nic ci się nie stanie.
Nie pozostaje mi nic innego, jak uwierzyć mu. Odsuwam pesymistyczne myśli na bok I uśmiecham się do niego. Ma rację, nic złego mi się nie stanie.
Przed celem naszej wyprawy, ku naszemu zaskoczeniu nie ma tłumu ludzi.
Po dziesięciu minutach wchodzimy do środka. Jestem lekko zdziwiona obskurnością budynku.
Wsiadam wraz z Markiem, na sam początek kolejki, ku irytacji Maxa, który liczył na najlepsze
miejsce. Sięgam ku górze, by zamknąć poręcz. Oczekuję na dźwięk kliknięcia, ale on nie następuje.
Chyba już jest zapięte, bo włączyła się blokada. Ku mojemu zdziwieniu żaden z pracowników nie jest zainteresowany sprawdzeniem zapięć. Ruszamy z miejsca. Boję się coraz bardziej. Podjeżdżamy ku górze.
-Mark-mówię- nie jestem pewna zapięcia.
-Wiesz, co Sam. Ja chyba w ogóle nie jestem zapięty.
W tym momencie kolejka spada w dół. Słyszę kliknięcie, które chyba nie oznacza nic dobrego. Zerkam na Marka, który jest przeraźliwie blady, wagonik obraca się o 180 stopni, a jego barierka odskakuje. Wszystko trwa dosłownie ułamek sekundy. Łapię go za rękę, jednak nic to nie daje. Patrzę w jego oczy przepełnione strachem I nagle Mark spada w dół. Ląduje na torze, na dole spirali. Może ktoś zatrzyma kolejkę i uda się go uratować? Naglę słyszę przeraźliwy wisk, którzy dochodzi… z mojego gardła. Przyjaciele dopiero teraz orientują się, co się dzieje I krzyczą razem ze mną. Miliony łez wypływają z moich oczu. Zbliżamy się do Marka. Kolejka wcale się nie zatrzymuje. Jesteśmy tak
blisko… Dosłownie metr od niego. I w tym momencie dochodzi do mnie myśl, że to koniec. Nic nie
da się zrobić. Ostatni raz patrzę na niego, a po sekundzie kolejka zderza się z nim, odrywając jego
głowę. Nikt nas nie zatrzymuję. Ja modlę się do Boga, w którego I tak nie wierze, ale nie wiem, co
robić. Nie mam pojęcia, co się dzieje. Kurczowo trzymam się poręczy, co nie daje zadowalających
efektów. Wagoniki kolejny raz przekręcają się. Czuję, że zaraz wypadnę. Naglę słyszę wisk i oglądam się za siebie. Amy już za mną nie siedzi. Spadła w dół, na ziemię. Nie wiemy, co się dzieje. Nikt nie próbuje nawet pomóc. Max trzyma się z całej siły, lecz przy kolejnym obrocie jego ręka zsuwa się po poręczy. Ja nadal kurczowo trzymam się barierki, lecz prędkość jest za duża. Wagonik lekko obraca się, a ja zsuwam się z miejsca. Wszystko trwa krócej niż sekundę. Niebezpiecznie zbliżam się do ziemi, płacząc I krzycząc niezrozumiałe, nawet dla mnie modlitwy. To już koniec, nie ma szans zrobienie
czegokolwiek.

czwartek, 2 lutego 2012

Jeden zwykły dzień. Śmierć w prezencie.


Jeden zwykły dzień. Śmierć w prezencie.
Idę jedną z najbardziej zatłoczonych ulic Nowego Jorku. Czuję jak słońce pali mnie w kark, po którym spływają pierwsze krople potu. Oddycham coraz ciężej, przeklinając się w duchu za własną głupotę. Jak można umówić się z kimkolwiek w centrum miasta o też porze? W końcu zdyszana docieram do parku. Znajduję kawałek cienia i padam jak długa na zieloną trawę, w której zapewne roi się od różnych małych żyjątek Zmęczenie wygrywa jednak z obrzydzeniem, więc nadal delektuję się chwilą odpoczynku w cieniu. Wsłuchuję się w bicie własnego serca, które chyba chce uciec na zewnątrz. Nagle czyjeś dłonie zakrywają mi oczy. Od razu zgaduję kto to jest. Poznaję po perfumach. Wiem, że zaraz zobaczę niską blondynkę, ubraną w przerobione ciuchy z lumpeksu, które wyglądają lepiej niż ubrania znanych projektantów marek.
-Kate, umieram. Przyniosłaś może coś do picia ?
Zgrabne dłonie odrywają się od moich oczu. Kate wygląda perfekcyjnie, jak zawsze. Złote włosy ma zaczesane do tyłu, w uszach machają się srebrne kolczyki z czarnym oczkiem, a na szyi wisi srebrny naszyjnik, na którym dostrzegam  niewielki wisiorek.  Niebieska sukienka idealnie podkreśla kolor jej oczu. Ona to ma szczęście, gdybym tylko była jej bliźniaczką… Kate bez słowa rzuca w moje ręce butelkę z wodą. Ku mojemu zaskoczeniu jest ona lodowata. W zawrotnym tempie ją opróżniam, delektując się przyjemnym chłodem.
-Widziałam się dziś z Alex, była na spacerze w Markiem. Boże, gdybyś tylko widziała jej buty! Dziwie się, że tacy ludzie jeszcze istnieją… Kupiłam sobie wczoraj nowe kolczyki, będą idealnie pasowały do mojej nowej sukienki, którą kupiłam na…
Ja już nie słucham. Radosna paplanina Kate sprawia, że mam ochotę gdzieś uciec. Zostaję  jednak na miejscu, udając zainteresowanie monologiem towarzyszki. Nie to, że jej nie lubię, po prostu dobija mnie jej… płytkość. Tak, to dobre słowo. Bo ile można słuchać o zakupach, chłopakach, życiu innych ludzi i o samej Kate?
-Więc? Słuchasz mnie? – blondynka patrzy na mnie z lekkim zwątpieniem,
-Przepraszam, zamyśliłam się. Możesz powtórzyć? - robię przepraszającą minę, mając nadzieję na szybki powrót do rozmowy.
-Pytałam się, co planujesz na resztę wakacji.
-Och, rodzice wysyłają mnie do ciotki, do miejscowości  koło Seattle  na całe dwa miesiące.
-Przecież to na drugim końcu świata! Mówiłaś, że zostaniesz w Stanach.
-Wybacz. –nie mam siły mówić więcej. Zastanawiam się tylko, jakim cudem Kate uczy się w liceum. Wyciągam komórkę, patrzę na zegarek i robię przestraszoną minę z nadzieją ucieczki - Już powinnam być w domu. Przepraszam muszę uciekać.
-Do zobaczenia, będę tęsknić! – Kate całuje mnie w policzek i znika w oddali. Ja podnoszę się z ziemi i wolno udaję się przez park w stronę domu. Powoli zaczyna się ochładzać. Pogoda jak kobieta, zmienną jest. W końcu docieram do domu. Wbiegam po drewnianych schodkach na ganek i szarpię za klamkę. Drzwi okazują się zamknięte. Spanikowana chwytam się za kieszeń, w której niestety nie czuję kluczy. Cudownie, myślę, rodzice gdzieś wyjechali, a ja nie mam kluczy. Zsuwam się po drzwiach i siadam opierając się o nie. Podciągam kolana pod brodę i obserwuję domy sąsiadów. Po półgodzinnych obserwacjach, znam na pamięć wzory ich firanek i wszystkie nierówności w ścianach. Nagle czuję wibracje w kieszeni. Uderzam się otwartą dłonią w czoło, by ukarać się za moją głupotę. Jak mogłam zapomnieć o komórce? Wyjmuję telefon, na którym wyświetla się nieznany mi numer.
-Tak, słucham ?
-Ashley Lossest? - pyta jakiś mężczyzna niskim głosem
-Tak, z kim rozmawiam ?
-Andrew Helfer, komendant miejscowej policji. Pani rodzice Tom i Alice mieli wypadek, w którym… - mężczyzna kontynuuje, lecz ja już nie słucham. Wypadek, wypadek, wypadek…
- W którym szpitalu są?
-W Szpitalu przy fundacji „Słońce Dzieciom”, proszę jednak…
Rozłączam się, wzywam taksówkę i czuję zbierające się w oczach łzy. Szybko wsiadam do pojazdu, który po chwili przyjeżdża Jeszcze przed dotarciem do szpitala płaczę jak małe dziecko. Taksówkarz nie stara się zabawić mnie rozmową, tylko patrzy na mnie współczująco. Dojeżdżamy na miejsce. Wygrzebuję z kieszeni pieniądze. Brakuję mi  czterech dolarów. Taksówkarz patrzy na mnie z jeszcze większym współczuciem, każe mi uciekać i życzy wszystkiego dobrego.
-Pomodlę się za Ciebie. – dodaje na pożegnanie, wcale mnie tym nie pocieszając.  Biegnę do szpitala, prawie że wywarzając drzwi. Dobiegam do młodej pielęgniarki,
-Przepraszam, gdzie leżą Tom i Alice Lossest? Jestem ich córką.
-Nie mam pojęcia, przepraszam. Proszę się zapytać jakiegoś lekarza z drugiego piętra.
Bez żadnego słowa biegnę do windy. Przed oczami przelatują mi wszystkie sceny związane z moimi rodzicami. Byłam, jestem z nimi tak blisko… Kocham ich największą miłością, jaką dziecko może kochać swoich rodziców. Winda w końcu dociera. Wsiadam do niej z całej siły przyciskając guzik z cyferką `dwa`. Jestem na drugim piętrze. Praktycznie wpadam na wysokiego mężczyznę, który na całe szczęście jest lekarzem.
-Przepraszam, gdzie leżą Tom i Alice Lossest? Jestem ich córką.- powtarzam formułkę
-Dzień Dobry, w sali 219. – czuję , że tracę grunt pod nogami.
-Co się właściwie stało?
-Wystraszony jeleń wbiegł na drogę, kierowca samochodu ciężarowego spanikował i wjechał w samochód twoich rodziców. Z samochodu prawie nic nie zostało.
-W jakim stanie są rodzice?
-Oni… Prawie umierają, Ashley. Zostało im niewiele czasu, proszę nie trać jednak nadziei. Możesz się z nimi zobaczyć.
Próbuję podziękować lekarzowi, on jednak udaje się do windy. Ruszam biegiem przez biały, szpitalny korytarz. W końcu odnajduję salę z czarnym numerem 219. Otwieram drzwi, moim oczom ukazują się moi rodzice. Tata spał.  Podbiegam do mamy i chwytam ją za rękę. Ona otwiera swoje duże, zielone oczy, w których zawsze widziałam wesołe, błyszczące iskierki, lecz dziś są ciemniejsze i widzę w nich ogromne cierpienie.
-Ashley, kocham cię. – mówi ledwo słyszalnym słabym głosem, a ja zaczynam po cichu płakać - Nigdy nie przestanę. Tata tak samo. Pamiętaj o tym.
-Mamusiu, ale ty nigdzie nie odchodzisz!- znów czuję się jak mała dziewczynka.
-Odchodzę skarbie, wraz z tatą. Tak miało być. Pamiętaj…
Lecz nie dane jest jej dokończyć. Na urządzeniu monitorującym pracę jej serca pojawia się prosta linia. Wołam lekarza. Tłum ludzi gromadzi się wokół łóżka mamy. Podchodzę do łóżka taty. Kładę głowę na jego łóżku i po cichu płaczę. Łzy leją się strumieniami z moich oczu, lecz żaden głos nie wydobywa się ze mnie. Słyszę tylko pojedyncze słowa… „Tracimy ją!” To ostatnie co słyszę. Wyłączam się. Liczy się tylko fakt, że jestem przy tacie.
-Proszę Pani. -słyszę szept i orientuję się, że zasnęłam. Czuję jakąś ciepłą dłoń na ramieniu - Chce pani zostać na noc? Przygotować Pani łóżko?
- Nie dziękuję, dobrze mi tu.
Lecz pielęgniarka wraca z ciepłym kocem. Kładę się na podłogę i otulam nim.
Gdy budzę się po raz kolejny, łóżko mojego taty jest puste. Biegnę na korytarz. Po raz kolejny wpadam na tego samego lekarza.
-Co z moim tatą? Nazywa się Tom Lossest – twarz lekarza nabiera  współczującego wyrazu. Wiem co zaraz usłyszę, lecz nie dociera to do mojej świadomości.
-Przykro mi. Zmarł dziś w nocy.
Upadam na ziemię, widzę tylko czerń. Zasypiam? Umieram? Nie wiem. Nie mam pojęcia co się dzieję. Gdy otwieram oczy światło razi mnie niesamowicie. Rozglądam się po pokoju. Jestem w salonie, w moim domu. Na krześle obok siedzi moja ciotka Anna. Twarz ma bladą, zmęczoną, zapłakaną. Mnie uderzają ostatnie wydarzenia i wybucham płaczem. Ona tylko mnie przytula. Straciłam rodziców. Jest  źle. Bardzo źle. Okropnie. Nie wiem ile tak siedziałyśmy objęte  . W końcu bez słowa ruszam do ich pokoju. Na stoliku nocnym widzę kalendarz z zaznaczoną datą 01.07 z dopiskiem ”Urodziny Ash”  i porozrzucane papiery. Przeglądam je z ciekawością. „Wycieczka do Francji. Bilety na 01.07-14.07,” i dopisek zielonym długopisem mamy; „ Dziś jadę wykupić jej wycieczkę”  . Prezent dla mnie ich zabił, wszystko jasne. Mama pojechałaby sama, lecz tata jest uparty. Był. Moja śmierć byłaby niezłym prezentem dla nich. Osoba, przyczyniająca się do śmierci nie ma prawa żyć, prawda? Podnoszę się z łóżka i patrzę w lustro. Moje oczy wyglądają  jak oczy mamy. Upadam na ziemię płacząc. W końcu, po wielu godzinach wybiegam z domu, rzucając „wychodzę” w stronę ciotki. Właśnie wschodzi słońce. Biegnę przed siebie. Mijam ludzi, zwierzęta, drzewa. Czasem obraz się rozmywa. Zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Jestem na największym moście w mieście, który pomimo wczesnej pory tętni życiem. Siadam na krawędzi. Patrzę w wodę.
-Nie skoczysz -słyszę-  nie zrobisz tego. Masz przecież po co żyć.
Odwracam się. Widzę chłopaka, może mężczyznę. Nic więcej nie potrafię o nim powiedzieć. Nie przyglądam się mu.
-Co ty możesz o mnie wiedzieć? – daję się zagadać.
-Coś jednak wiem. Masz kochających rodziców, przyjaciół…
Śmieję się śmiechem osoby chorej psychicznie. Szaleńczy śmiech…
-Zły adres. Nic nie wiesz. 
Puszczam barierkę, staję na nogi i skaczę. Czuję wiatr i prędkość.
Mamo, Tato, spotkamy się niedługo.
Woda, woda, woda… Wszędzie woda.