środa, 4 kwietnia 2012

Jeden zwykły dzień. Niedokończona sprawa.

 Jeden zwykły dzień. Niedokończona sprawa.
 Jacob Evening budzi się wraz z zakończeniem ostatniego kawałka płyty Eminema. Gwałtownie otwiera swoje niebieskie oczy i rzuca się w prawo. Spada z łóżka, co całkowicie  go rozbudza.
Zegarek w telefonie wskazuje godzinę dwudziestą. Chłopak wygląda przez okno i widzi dzieciaki w „strasznych” strojach, biegające po ulicy. Wśród nich dostrzega swoją siostrę Irian, która jest tak bardzo podobna do ojca, że jej widok niemalże go boli. Automatycznie zaciska szczękę na wspomnienie mężczyzny, który cztery lata temu powiesił się w ich zniszczonym mieszkaniu. Nie zostawił po sobie nic oprócz zwykłej, czerwonej róży.
Rozmyślanie chłopaka przerywa dźwięk dochodzący z telefonu. Jego kumpel, Astor, po raz dziesiąty wysła mu sms’a:
„Będą fajne laski, serio! Stary, chodź no! Przestań być pustelnikiem”
Problem tkwi w tym, że on zawsze był pustelnikiem. Nie chce tego zmieniać, a w szczególności nie dziś. Rzuca rozklekotaną komórkę na łóżko i cicho wymyka się z pokoju. „Nie patrz na salon”, powtarza sobie w myślach, po raz kolejny. Lecz jak zawsze spogląda i widzi ten sam obraz co zwykle; pijana matka śpi niespokojnym snem na porwanej, brązowej kanapie. Przygnębienie, złość, smutek, strach, furia. Wszystko dopada go w tej samej chwili, co nie jest nowością. Łatwo może uzasadnić  te uczucia. Jacob ma dość oglądania jej w tym stanie. Nie mógł nikogo prosić o pomoc.
Ojciec wychowywał się w niemieckim sierocińcu. Rodzice jego matki… No cóż, to był zdecydowanie temat tabu. Wiedział tylko, że jego babcia zmarła zaraz po porodzie. Jego dziadek… O nim nie wiedział nic, oprócz tego, że prawdopodobnie był lekarzem. Jacob nigdy nie był tego pewny, dziś pamięta tylko urywek rozmowy... z jego matką?  Tego też nie był pewny.
-To do ciebie wróci Haven. On wcale nam nie pomógł. To co się dzieje w nocy… Mury kościoła długo nie wytrzymają.
Pamięta tylko młodego mężczyznę, mającego czarne oczy. Nie był to kolor, który znał, który mógłby zdefiniować. Nie były one czarne jak węgiel, ani jak czarna kartka. To był kolor… piekła.
Gwałtownie wciąga powietrze, gdy uświadamia sobie, o czym przed chwilą pomyślał. Najbardziej straszne było to, że nie można było znaleźć trafniejszego określenia.
Jacob wymierza sobie mentalny policzek za wracanie do niechcianych wspomnień. Zbiera puste butelki wódki z podłogi i wychodzi z domu. Uderza go zimny podmuch wiatru. Nagle czuje, że coś uderza o jego nogi i mocno go obejmuje. Spogląda w dół, wiedząc co ujrzy. Pięcioletni anioł patrzy na niego ze słodkim uśmiechem, który nie sięga smutnych, szarych oczu. Jacob chwyta siostrę w ramiona i obkręca dookoła.
-Gdzie idziesz? Nie możesz już zbierać cukierków!
- Mówisz poważnie?- pyta udając zaskoczonego. - Co ja teraz zrobię?
- Pójdziesz do Astora - dziewczyna zabawnie marszczy nosek.
Chłopak śmieje się serdecznie. Wie, że Irian nie lubiła go od chwili, gdy chciał oderwać głowę jej jedynej lalce.
- Dokładnie – kłamie. - Dziś śpisz u Chloe. Trafisz chyba.
Irian kiwa głową. Jacob odstawia ją na ziemię, całując dziewczynkę w czoło.
- Uważaj na siebie młoda.
- Jestem duża! - Irian pokazuje mu język i ucieka do dzieciaków zbierających słodycze.
Jacob wkłada na głowę kaptur i rusza w stronę niezamieszkałej części miasta. Łapie się za kieszeń w poszukiwaniu słuchawek.
- Cholera - burczy uświadamiając sobie, że zostawił je pod łóżkiem.
Nie boi się nocy. Od siedemnastu lat mieszka w jednej z najgorszych dzielnic miasta. Zna tu wszystkich, wszyscy znają jego. Pomimo wszechobecnej biedy, jest tu całkiem bezpiecznie. Bynajmniej na tyle, by nie czuł lęku przed zostawieniem Irian samej.
Dookoła panuje głucha cisza. Chłopak nie słyszy nic, oprócz swoich kroków.
W końcu dociera do cmentarza, który świeci pustkami. Ludzie boją się tu przychodzić przez jakieś łupie plotki i legendy. Wszyscy młodzi ludzie są dziś na imprezach, więc chłopak czuje ulgę, że będzie tu zupełnie sam.
Zardzewiała brama skrzypi głośno. Jacob krzywi się i wchodzi na teren spoczynku zmarłych. Wiatr przestaje na chwilę wiać. Chłopak zdejmuje kaptur i zmierza ku grobowi ojca. Gdy jest już na miejscu, siada na mokrej trawie. Bierze głęboki oddech i zaczyna mówić. Rozpoczyna swój coroczny rytuał. Mówi mu, co myśli o tym, że ojciec zostawił rodzinę, jak zawsze. Krzyczy, że był tchórzem, idiotą, że go nienawidzi. Nagle milknie, uspokaja się, a później opowiada co się zmieniło.
- Mama nadal pije, prawdopodobnie przez ciebie. Znaczy się, tego nie jestem pewien. Nic nam o tym nie mówi. Mam nadzieję, że smażysz się gdzieś w piekle. Wiesz, Irian jest tak podobna do ciebie. Nienawidzę tego, serio. To moja ukochana siostra, ale czasem… Przed oczami stają mi dziwne obrazy, w których ja mszczę się na tobie, duszę cię, ale na końcu okazuje się, że dusze Irian. To okropne.
Po chwili podnosi się i idzie w głąb cmentarza.  Szarpie swoje włosy, jest wściekły. Czemu on mu się zwierza? To coś, czego nie powinien wypowiadać na głos. W furii kopie z całej siły nagrobek.
- Jacob, nie wolno niszczyć grobów.
Chłopak zamiera, może nawet na moment jego serce przestaje bić. Przez jego głowę w ciągu ułamka sekundy przetaczają się miliony myśli. Odwraca głowę w kierunku, z którego usłyszał głos.
              W ciemności widzi młodą kobietę. Pomimo wszechobecnego mroku widzi, że jest piękna. Ma długie, rude włosy i niezwykłą twarz. Nagle dostrzega coś jeszcze. Oczy w kolorze... piekła.  Chłopak jest o krok od  utraty przytomności.
- Wszystko w porządku ? Och, przepraszam, nie chciałam cię wystraszyć! - kobieta podchodzi do niego i pomaga mu w odzyskaniu równowagi.- Żyjesz?
-Tak, ja… Skąd znasz moje imię i co tu robisz? Kim ty w ogóle jesteś ?
- Nazywam się Charlotte. Znałam twojego dziadka - uśmiecha się delikatnie. - Nazywacie się tak samo i jesteście do siebie bardzo… podobni.
Jacob nie ma pojęcia jak ma zareagować. Nie wie nic o dziadku. Jednak najbardziej dziwi go fakt, że  Charlotte go znała.
- Jako mogłaś go znać ? Jesteś niewiele starsza ode mnie, a on umarł dwadzieścia lat temu.
- Dziewiętnaście - poprawia go odruchowo.- Spójrz.              
Charlotte kuca przy nagrobku, który kopnął. Jacob pochyla się nad nim i  widzi  datę swoich urodzin. Chłopak po raz kolejny nie wie co powiedzieć.  Tyle lat przychodził na ten opuszczony cmentarz i nie wiedział, że jego dziadek jest pochowany dwa kroki dalej.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - udaje mu się wyjąkać, gdy odzyskuje mowę. - Skąd go znasz?
- Pracowałam z nim kiedyś – odpowiada po chwili zastanowienia. – Nie wiesz?
- Och, ja nie wiem o nim nic.
- Poszukaj w gazetach – rzuca niedbale. – Mieszkasz gdzieś tutaj?
- Tak, tu… niedaleko.
- Cudownie - uśmiecha się i zerka na zegarek. Charlotte nagle staje się niesamowicie blada. - Niedługo Cię odwiedzę. Obiecuję.
Kobieta szybko znika w ciemności. Jacob stoi przerażony w miejscu i ma pojęcia co zrobić. W głowie chłopaka myśli walczą ze sobą. Nie ma pojęcia co się dzieje. Zarzuca kaptur na głowę i szybkim krokiem udaje się do domu. Ulice są już prawie puste, dzieciaki zniknęły w domach.
              Chłopak próbuje podsumawac fakty. Charlotte nie mogła znać jego dziadka. To nie jest możliwe. Skąd ona go zna? Czemu była w tym dniu na cmentarzu?
Jacob wpada do domu. Jego matki nie ma, co wcale go nie dziwi. Zapewne upija się gdzieś w krzakach. Gwałtownym ruchem otwiera drzwiczki od szafy. Szuka, sam nie wiedząc czego. Przewala stare zdjęcia, dokumenty. Nagle znajduje kawałek starej gazety. Jego uwagę przykuwa nagłówek:
„Jacob Evening nie dokończył egzorcyzmu.
Charlotte i Jeffrey M. w połowie opętani.
(…) każdego dnia o północy
Szatan przejmuje ich dusze”
~~~~~~~~~~~~~~~~ 
Ponad miesiąc nie dodałam nic nowego, przepraszam. Mam pomysł na bardziej... optymistyczne opowiadanie, bo nie wszyscy lubią nieszczęśliwe zakończenia.
Zachęcam do zostawiania po sobie komentarza  z opinią :)
 TeTrololololo, traktujcie to z dystansem ;3