Jeden zwykły dzień. Niedokończona sprawa.
Jacob Evening budzi się wraz z zakończeniem ostatniego
kawałka płyty Eminema. Gwałtownie otwiera swoje niebieskie oczy i rzuca się w
prawo. Spada z łóżka, co całkowicie go
rozbudza.
Zegarek w telefonie wskazuje godzinę dwudziestą. Chłopak
wygląda przez okno i widzi dzieciaki w „strasznych” strojach, biegające po
ulicy. Wśród nich dostrzega swoją siostrę Irian, która jest tak bardzo podobna
do ojca, że jej widok niemalże go boli. Automatycznie zaciska szczękę na
wspomnienie mężczyzny, który cztery lata temu powiesił się w ich zniszczonym
mieszkaniu. Nie zostawił po sobie nic oprócz zwykłej, czerwonej róży.
Rozmyślanie chłopaka przerywa dźwięk dochodzący z telefonu.
Jego kumpel, Astor, po raz dziesiąty wysła mu sms’a:
„Będą fajne laski, serio! Stary, chodź no! Przestań być
pustelnikiem”
Problem tkwi w tym, że on zawsze był pustelnikiem. Nie chce
tego zmieniać, a w szczególności nie dziś. Rzuca rozklekotaną komórkę na łóżko
i cicho wymyka się z pokoju. „Nie patrz na salon”, powtarza sobie w myślach, po
raz kolejny. Lecz jak zawsze spogląda i widzi ten sam obraz co zwykle; pijana
matka śpi niespokojnym snem na porwanej, brązowej kanapie. Przygnębienie,
złość, smutek, strach, furia. Wszystko dopada go w tej samej chwili, co nie
jest nowością. Łatwo może uzasadnić te
uczucia. Jacob ma dość oglądania jej w tym stanie. Nie mógł nikogo prosić o
pomoc.
Ojciec wychowywał się w niemieckim sierocińcu. Rodzice jego
matki… No cóż, to był zdecydowanie temat tabu. Wiedział tylko, że jego babcia
zmarła zaraz po porodzie. Jego dziadek… O nim nie wiedział nic, oprócz tego, że
prawdopodobnie był lekarzem. Jacob nigdy nie był tego pewny, dziś pamięta tylko
urywek rozmowy... z jego matką? Tego też nie był pewny.
-To do ciebie wróci Haven. On wcale nam nie pomógł. To co
się dzieje w nocy… Mury kościoła długo nie wytrzymają.
Pamięta tylko młodego mężczyznę, mającego czarne oczy. Nie
był to kolor, który znał, który mógłby zdefiniować. Nie były one czarne jak
węgiel, ani jak czarna kartka. To był kolor… piekła.
Gwałtownie wciąga powietrze, gdy uświadamia sobie, o czym
przed chwilą pomyślał. Najbardziej straszne było to, że nie można było znaleźć
trafniejszego określenia.
Jacob wymierza sobie mentalny policzek za wracanie do
niechcianych wspomnień. Zbiera puste butelki wódki z podłogi i wychodzi z domu.
Uderza go zimny podmuch wiatru. Nagle czuje, że coś uderza o jego nogi i mocno
go obejmuje. Spogląda w dół, wiedząc co ujrzy. Pięcioletni anioł patrzy na
niego ze słodkim uśmiechem, który nie sięga smutnych, szarych oczu. Jacob
chwyta siostrę w ramiona i obkręca dookoła.
-Gdzie idziesz? Nie możesz już zbierać cukierków!
- Mówisz poważnie?- pyta udając zaskoczonego. - Co ja teraz
zrobię?
- Pójdziesz do Astora - dziewczyna zabawnie marszczy nosek.
Chłopak śmieje się serdecznie. Wie, że Irian nie lubiła go
od chwili, gdy chciał oderwać głowę jej jedynej lalce.
- Dokładnie – kłamie. - Dziś śpisz u Chloe. Trafisz chyba.
Irian kiwa głową. Jacob odstawia ją na ziemię, całując
dziewczynkę w czoło.
- Uważaj na siebie młoda.
- Jestem duża! - Irian pokazuje mu język i ucieka do
dzieciaków zbierających słodycze.
Jacob wkłada na głowę kaptur i rusza w stronę
niezamieszkałej części miasta. Łapie się za kieszeń w poszukiwaniu słuchawek.
- Cholera - burczy uświadamiając sobie, że zostawił je pod
łóżkiem.
Nie boi się nocy. Od siedemnastu lat mieszka w jednej z
najgorszych dzielnic miasta. Zna tu wszystkich, wszyscy znają jego. Pomimo
wszechobecnej biedy, jest tu całkiem bezpiecznie. Bynajmniej na tyle, by nie
czuł lęku przed zostawieniem Irian samej.
Dookoła panuje głucha cisza. Chłopak nie słyszy nic, oprócz
swoich kroków.
W końcu dociera do cmentarza, który świeci pustkami. Ludzie
boją się tu przychodzić przez jakieś łupie plotki i legendy. Wszyscy młodzi
ludzie są dziś na imprezach, więc chłopak czuje ulgę, że będzie tu zupełnie
sam.
Zardzewiała brama skrzypi głośno. Jacob krzywi się i
wchodzi na teren spoczynku zmarłych. Wiatr przestaje na chwilę wiać. Chłopak
zdejmuje kaptur i zmierza ku grobowi ojca. Gdy jest już na miejscu, siada na
mokrej trawie. Bierze głęboki oddech i zaczyna mówić. Rozpoczyna swój coroczny
rytuał. Mówi mu, co myśli o tym, że ojciec zostawił rodzinę, jak zawsze.
Krzyczy, że był tchórzem, idiotą, że go nienawidzi. Nagle milknie, uspokaja
się, a później opowiada co się zmieniło.
- Mama nadal pije, prawdopodobnie przez ciebie. Znaczy się,
tego nie jestem pewien. Nic nam o tym nie mówi. Mam nadzieję, że smażysz się
gdzieś w piekle. Wiesz, Irian jest tak podobna do ciebie. Nienawidzę tego,
serio. To moja ukochana siostra, ale czasem… Przed oczami stają mi dziwne
obrazy, w których ja mszczę się na tobie, duszę cię, ale na końcu okazuje się,
że dusze Irian. To okropne.
Po chwili podnosi się i idzie w głąb cmentarza.
Szarpie swoje włosy, jest wściekły. Czemu on mu się zwierza? To coś, czego nie
powinien wypowiadać na głos. W furii kopie z całej siły nagrobek.
- Jacob, nie wolno niszczyć grobów.
Chłopak zamiera, może nawet na moment jego serce przestaje
bić. Przez jego głowę w ciągu ułamka sekundy przetaczają się miliony myśli.
Odwraca głowę w kierunku, z którego usłyszał głos.
W ciemności widzi młodą kobietę. Pomimo wszechobecnego mroku widzi, że jest piękna. Ma długie, rude włosy i niezwykłą twarz. Nagle
dostrzega coś jeszcze. Oczy w kolorze... piekła. Chłopak jest o krok
od utraty przytomności.
- Wszystko w porządku ? Och, przepraszam, nie chciałam cię
wystraszyć! - kobieta podchodzi do niego i pomaga mu w odzyskaniu równowagi.-
Żyjesz?
-Tak, ja… Skąd znasz moje imię i co tu robisz? Kim ty w
ogóle jesteś ?
- Nazywam się Charlotte. Znałam twojego dziadka - uśmiecha
się delikatnie. - Nazywacie się tak samo i jesteście do siebie bardzo… podobni.
Jacob nie ma pojęcia jak ma zareagować. Nie wie nic o
dziadku. Jednak najbardziej dziwi go fakt, że Charlotte go znała.
- Jako mogłaś go znać ? Jesteś niewiele starsza ode mnie, a
on umarł dwadzieścia lat temu.
- Dziewiętnaście - poprawia go odruchowo.- Spójrz.
Charlotte kuca przy nagrobku, który kopnął. Jacob pochyla
się nad nim i widzi datę swoich urodzin. Chłopak po raz kolejny nie
wie co powiedzieć. Tyle lat przychodził na ten opuszczony cmentarz i nie
wiedział, że jego dziadek jest pochowany dwa kroki dalej.
- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie - udaje mu się
wyjąkać, gdy odzyskuje mowę. - Skąd go znasz?
- Pracowałam z nim kiedyś – odpowiada po chwili
zastanowienia. – Nie wiesz?
- Och, ja nie wiem o nim nic.
- Poszukaj w gazetach – rzuca niedbale. – Mieszkasz gdzieś
tutaj?
- Tak, tu… niedaleko.
- Cudownie - uśmiecha się i zerka na zegarek. Charlotte
nagle staje się niesamowicie blada. - Niedługo Cię odwiedzę. Obiecuję.
Kobieta szybko znika w ciemności. Jacob stoi przerażony w
miejscu i ma pojęcia co zrobić. W głowie chłopaka myśli walczą ze sobą. Nie ma
pojęcia co się dzieje. Zarzuca kaptur na głowę i szybkim krokiem udaje się do
domu. Ulice są już prawie puste, dzieciaki zniknęły w domach.
Chłopak próbuje podsumawac fakty. Charlotte nie mogła znać jego dziadka. To nie
jest możliwe. Skąd ona go zna? Czemu była w tym dniu na cmentarzu?
Jacob wpada do domu. Jego matki nie ma, co wcale go nie
dziwi. Zapewne upija się gdzieś w krzakach. Gwałtownym ruchem otwiera drzwiczki
od szafy. Szuka, sam nie wiedząc czego. Przewala stare zdjęcia, dokumenty.
Nagle znajduje kawałek starej gazety. Jego uwagę przykuwa nagłówek:
„Jacob Evening nie dokończył
egzorcyzmu.
Charlotte i Jeffrey M.
w połowie opętani.
(…) każdego dnia o
północy
Szatan przejmuje ich
dusze”
~~~~~~~~~~~~~~~~
Ponad miesiąc nie dodałam nic nowego, przepraszam. Mam pomysł na bardziej... optymistyczne opowiadanie, bo nie wszyscy lubią nieszczęśliwe zakończenia.
Zachęcam do zostawiania po sobie komentarza z opinią :)
TeTrololololo, traktujcie to z dystansem ;3
TeTrololololo, traktujcie to z dystansem ;3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz