Jeden zwykły dzień. Śmierć w
prezencie.
Idę jedną z najbardziej zatłoczonych ulic Nowego Jorku.
Czuję jak słońce pali mnie w kark, po którym spływają pierwsze krople potu.
Oddycham coraz ciężej, przeklinając się w duchu za własną głupotę. Jak można
umówić się z kimkolwiek w centrum miasta o też porze? W końcu zdyszana docieram
do parku. Znajduję kawałek cienia i padam jak długa na zieloną trawę, w której
zapewne roi się od różnych małych żyjątek Zmęczenie
wygrywa jednak z obrzydzeniem, więc nadal delektuję się chwilą odpoczynku w
cieniu. Wsłuchuję się w bicie własnego serca, które chyba chce uciec na
zewnątrz. Nagle czyjeś dłonie zakrywają mi oczy. Od razu zgaduję kto to jest.
Poznaję po perfumach. Wiem, że zaraz zobaczę niską blondynkę, ubraną w
przerobione ciuchy z lumpeksu, które wyglądają lepiej niż ubrania znanych
projektantów marek.
-Kate, umieram. Przyniosłaś może coś do picia ?
Zgrabne dłonie odrywają się od moich oczu. Kate wygląda
perfekcyjnie, jak zawsze. Złote włosy ma zaczesane do tyłu, w uszach machają
się srebrne kolczyki z czarnym oczkiem, a na
szyi wisi srebrny naszyjnik, na którym dostrzegam niewielki
wisiorek. Niebieska sukienka idealnie
podkreśla kolor jej oczu. Ona to ma szczęście, gdybym tylko była jej
bliźniaczką… Kate bez słowa rzuca w moje ręce butelkę z wodą. Ku mojemu
zaskoczeniu jest ona lodowata. W zawrotnym
tempie ją opróżniam, delektując się przyjemnym chłodem.
-Widziałam się dziś z Alex, była na spacerze w Markiem.
Boże, gdybyś tylko widziała jej buty! Dziwie się, że tacy ludzie jeszcze
istnieją… Kupiłam sobie wczoraj nowe kolczyki, będą idealnie pasowały do mojej
nowej sukienki, którą kupiłam na…
Ja już nie słucham. Radosna paplanina Kate sprawia, że mam
ochotę gdzieś uciec. Zostaję jednak na
miejscu, udając zainteresowanie monologiem towarzyszki. Nie to, że jej nie
lubię, po prostu dobija mnie jej… płytkość. Tak, to dobre słowo. Bo ile można
słuchać o zakupach, chłopakach, życiu innych ludzi i o samej Kate?
-Więc? Słuchasz mnie? – blondynka patrzy na mnie z lekkim
zwątpieniem,
-Przepraszam, zamyśliłam się. Możesz powtórzyć? - robię
przepraszającą minę, mając nadzieję na szybki powrót do rozmowy.
-Pytałam się, co planujesz na resztę wakacji.
-Och, rodzice wysyłają mnie do ciotki, do miejscowości koło Seattle
na całe dwa miesiące.
-Przecież to na drugim końcu świata! Mówiłaś, że zostaniesz
w Stanach.
-Wybacz. –nie mam siły mówić więcej. Zastanawiam się tylko,
jakim cudem Kate uczy się w liceum. Wyciągam komórkę, patrzę na zegarek i robię
przestraszoną minę z nadzieją ucieczki - Już powinnam być w domu. Przepraszam
muszę uciekać.
-Do zobaczenia, będę tęsknić! – Kate całuje mnie w policzek
i znika w oddali. Ja podnoszę się z ziemi i wolno udaję się przez park w stronę domu. Powoli
zaczyna się ochładzać. Pogoda jak kobieta, zmienną jest. W końcu docieram do
domu. Wbiegam po drewnianych schodkach na ganek i szarpię za klamkę. Drzwi
okazują się zamknięte. Spanikowana chwytam się za kieszeń, w której niestety
nie czuję kluczy. Cudownie, myślę, rodzice gdzieś wyjechali, a ja nie mam
kluczy. Zsuwam się po drzwiach i siadam opierając się o nie. Podciągam kolana
pod brodę i obserwuję domy sąsiadów. Po półgodzinnych obserwacjach, znam na
pamięć wzory ich firanek i wszystkie nierówności w ścianach. Nagle czuję
wibracje w kieszeni. Uderzam się otwartą dłonią w czoło, by ukarać się za moją
głupotę. Jak mogłam zapomnieć o komórce? Wyjmuję telefon, na którym wyświetla
się nieznany mi numer.
-Tak, słucham ?
-Ashley Lossest? - pyta jakiś mężczyzna niskim głosem
-Tak, z kim rozmawiam ?
-Andrew Helfer, komendant miejscowej policji. Pani rodzice
Tom i Alice mieli wypadek, w którym… - mężczyzna kontynuuje, lecz ja już nie
słucham. Wypadek, wypadek, wypadek…
- W którym szpitalu są?
-W Szpitalu przy fundacji „Słońce Dzieciom”, proszę jednak…
Rozłączam się, wzywam taksówkę i czuję zbierające się w
oczach łzy. Szybko wsiadam do pojazdu, który po
chwili przyjeżdża Jeszcze przed dotarciem do szpitala płaczę jak małe dziecko.
Taksówkarz nie stara się zabawić mnie rozmową, tylko patrzy na mnie
współczująco. Dojeżdżamy na miejsce. Wygrzebuję z kieszeni pieniądze. Brakuję
mi czterech dolarów. Taksówkarz patrzy
na mnie z jeszcze większym współczuciem, każe mi uciekać i życzy wszystkiego
dobrego.
-Pomodlę się za Ciebie. – dodaje na pożegnanie, wcale mnie
tym nie pocieszając. Biegnę do szpitala,
prawie że wywarzając drzwi. Dobiegam do młodej pielęgniarki,
-Przepraszam, gdzie leżą Tom i Alice Lossest? Jestem ich
córką.
-Nie mam pojęcia, przepraszam. Proszę się zapytać jakiegoś
lekarza z drugiego piętra.
Bez żadnego słowa biegnę do windy. Przed oczami przelatują
mi wszystkie sceny związane z moimi rodzicami. Byłam, jestem z nimi tak blisko…
Kocham ich największą miłością, jaką dziecko może kochać swoich rodziców. Winda
w końcu dociera. Wsiadam do niej z całej siły przyciskając guzik z cyferką
`dwa`. Jestem na drugim piętrze. Praktycznie wpadam na wysokiego mężczyznę, który
na całe szczęście jest lekarzem.
-Przepraszam, gdzie leżą Tom i Alice Lossest? Jestem ich
córką.- powtarzam formułkę
-Dzień Dobry, w sali 219. – czuję , że tracę grunt pod
nogami.
-Co się właściwie stało?
-Wystraszony jeleń wbiegł na drogę, kierowca samochodu
ciężarowego spanikował i wjechał w samochód twoich rodziców. Z samochodu prawie
nic nie zostało.
-W jakim stanie są rodzice?
-Oni… Prawie umierają, Ashley. Zostało im niewiele czasu,
proszę nie trać jednak nadziei. Możesz się z nimi zobaczyć.
Próbuję podziękować lekarzowi, on jednak udaje się do windy.
Ruszam biegiem przez biały, szpitalny korytarz. W końcu odnajduję salę z
czarnym numerem 219. Otwieram drzwi, moim oczom ukazują się moi rodzice.
Tata spał. Podbiegam do mamy i chwytam
ją za rękę. Ona otwiera swoje duże, zielone oczy, w których zawsze widziałam
wesołe, błyszczące iskierki, lecz dziś są ciemniejsze i widzę w nich ogromne
cierpienie.
-Ashley, kocham cię. – mówi ledwo
słyszalnym słabym głosem, a ja zaczynam po cichu płakać - Nigdy nie
przestanę. Tata tak samo. Pamiętaj o tym.
-Mamusiu, ale ty nigdzie nie odchodzisz!- znów czuję się jak
mała dziewczynka.
-Odchodzę skarbie, wraz z tatą. Tak miało być. Pamiętaj…
Lecz nie dane jest jej dokończyć. Na urządzeniu
monitorującym pracę jej serca pojawia się prosta linia. Wołam lekarza. Tłum
ludzi gromadzi się wokół łóżka mamy. Podchodzę do łóżka taty. Kładę głowę na
jego łóżku i po cichu płaczę. Łzy leją się strumieniami z moich oczu, lecz
żaden głos nie wydobywa się ze mnie. Słyszę tylko pojedyncze słowa… „Tracimy
ją!” To ostatnie co słyszę. Wyłączam się. Liczy się tylko fakt, że jestem przy
tacie.
-Proszę Pani. -słyszę szept i orientuję się, że zasnęłam.
Czuję jakąś ciepłą dłoń na ramieniu - Chce pani zostać na noc? Przygotować Pani
łóżko?
- Nie dziękuję, dobrze mi tu.
Lecz pielęgniarka wraca z ciepłym kocem. Kładę się na
podłogę i otulam nim.
Gdy budzę się po raz kolejny, łóżko mojego taty jest puste.
Biegnę na korytarz. Po raz kolejny wpadam na tego samego lekarza.
-Co z moim tatą? Nazywa się Tom Lossest – twarz lekarza
nabiera współczującego wyrazu. Wiem co
zaraz usłyszę, lecz nie dociera to do mojej świadomości.
-Przykro mi. Zmarł dziś w nocy.
Upadam na ziemię, widzę tylko czerń. Zasypiam? Umieram? Nie
wiem. Nie mam pojęcia co się dzieję. Gdy otwieram oczy światło razi mnie
niesamowicie. Rozglądam się po pokoju. Jestem w salonie, w moim domu. Na
krześle obok siedzi moja ciotka Anna. Twarz ma bladą, zmęczoną, zapłakaną. Mnie
uderzają ostatnie wydarzenia i wybucham płaczem. Ona tylko mnie przytula.
Straciłam rodziców. Jest źle. Bardzo
źle. Okropnie. Nie wiem ile tak siedziałyśmy
objęte . W końcu bez
słowa ruszam do ich pokoju. Na stoliku nocnym widzę kalendarz z zaznaczoną datą
01.07 z dopiskiem ”Urodziny Ash” i porozrzucane papiery. Przeglądam je z
ciekawością. „Wycieczka do Francji.
Bilety na 01.07-14.07,” i dopisek zielonym długopisem mamy; „ Dziś jadę wykupić jej wycieczkę” . Prezent dla mnie ich zabił, wszystko jasne.
Mama pojechałaby sama, lecz tata jest uparty. Był. Moja śmierć byłaby niezłym
prezentem dla nich. Osoba, przyczyniająca się do śmierci nie ma prawa żyć,
prawda? Podnoszę się z łóżka i patrzę w lustro. Moje oczy wyglądają jak oczy mamy. Upadam na ziemię płacząc. W
końcu, po wielu godzinach wybiegam z domu, rzucając „wychodzę” w stronę ciotki. Właśnie wschodzi słońce. Biegnę
przed siebie. Mijam ludzi, zwierzęta, drzewa. Czasem obraz się rozmywa.
Zatrzymuję się i rozglądam dookoła. Jestem na największym moście w mieście,
który pomimo wczesnej pory tętni życiem. Siadam na krawędzi. Patrzę w wodę.
-Nie skoczysz -słyszę-
nie zrobisz tego. Masz przecież po co
żyć.
Odwracam się. Widzę chłopaka, może mężczyznę. Nic więcej nie
potrafię o nim powiedzieć. Nie przyglądam się mu.
-Co ty możesz o mnie
wiedzieć? – daję się zagadać.
-Coś jednak wiem. Masz kochających rodziców, przyjaciół…
Śmieję się śmiechem osoby chorej psychicznie. Szaleńczy
śmiech…
-Zły adres. Nic nie wiesz.
Puszczam barierkę, staję na nogi i skaczę. Czuję wiatr i
prędkość.
Mamo, Tato, spotkamy
się niedługo.
Woda, woda, woda… Wszędzie woda.
To jest świetne !!! Kocham Cię i to jak piszesz . Tylko czemu już w pierwszym rozdziale tak dramatycznie :P
OdpowiedzUsuńSuper, dawaj dalej :)
OdpowiedzUsuńświeeetny blog ;)) pisz dalej ;p
OdpowiedzUsuńWoow ! Super blog ! Z niecierpliwością czekam na kolejne rozdziały . Zapowiada się tak dramatycznie ! Pozdrawiam :*
OdpowiedzUsuńCzekam na więcej, strzał w dziesiątkę! Dziewczyno, masz talent, rozwijaj go, nie popełniaj takiego błędu jak ja, proszę.
OdpowiedzUsuń